Wkrótce gołębie doniosły, że widziano Mollie jak była zaprzężona do dwukółki karczmarza, który głaskał ją po chrapach i podsuwał kostki cukru, a Mollie miała zawiązany na szyi pęk kolorowych tasiemek.
Cóż to mogło być innego, jak nie choroba psychiczna? Czy można było sprzedać upragnioną i własnymi kopytami wywalczoną wolność za kilka kostek cukru i jakieś tam fatałaszki?
Szybko zapomniano o Mollie, bo przecież o takich wariatach pamiętać nie warto.
Było jak w Raju….
Może mogło być nawet lepiej, gdyby nie stała rywalizacja Snowballa z Napoleonem.
Któregoś razu, ni z tego ni z owego, zupełnie bez powodu, Snowball zaczął uciekać przed psami, które Napoleon kiedyś odebrał matkom i sam je wychowywał. Jest prawdą, że psy nigdy nie odstępowały Napoleona, nawet na krok. Skoro jednak Snowball uciekał przed psami, to oczywiste było, że musiał mieć nieczyste sumienie.
I potwierdziła to historia.
Tak, czy inaczej, mimo nieszczęść związanych z pogodą, powodziami i innymi zdarzeniami losowymi, a także udowodnionymi ponad wszelką wątpliwość działaniami dywersyjnymi, jawnego wroga zwierząt – Snowballa, na Folwarku żyło się spokojnie i pracowicie. A czegóż więcej potrzeba?
Wybudowano nawet wiatrak, który co prawda zawalił się, ale przecież nie dlatego, że miał za cienkie ściany, lecz dlatego, że zniszczył go Snowball – tajny agent pana Jonesa. Wszyscy doskonale widzieli, że Snowball od dawna knuł by pokrzyżować plany tak świetnie prosperującej gospodarce. Dlatego nikt nie zaprotestował, gdy Napoleon, by sprawę raz na zawsze ukrócić, ogłosił publicznie, że wydał na Snowballa, dotąd zakazany zasadami Animalizmu, wyrok śmierci.
Lecz nawet to nie zahamowało, jak twierdził Napoleon, dywersyjnej bezczelności niegodziwego Snowballa; jeszcze niejednokrotnie był on przyczyną wielu zgryzot mieszkańców Folwarku. A to ukradł zboże, a to potłukł jaja, a to stratował świeże zasiewy i wiele, wiele innych. Ujawniono też, że nawet wśród zwierząt są takie, które tajnie współpracują ze Snowballem.
Z tym „problemem” poradzono sobie szybko i skutecznie.
Wszystkich wrogów, po ich uprzednim przyznaniu się do winy, uśmiercono. Uśmiercono świnie, które kiedyś przeciw czemuś tam protestowały, i jak się same przyznały współdziałały z Snowballem w zburzeniu wiatraka. Uśmiercono trzy kury, które przyznały się, że Snowball ukazał im się we śnie i namawiał je, by się sprzeciwiły Napoleonowi. Uśmiercono również owcę, która przyznała się, że za namową Snowballa oddawała mocz do sadzawki z wodą do picia.
Zwierzęta doznały wstrząsu po tej egzekucji, lecz doprawdy nie wiedziały czym są bardziej przerażone, czy okrutną karą, czy też tym, że dookoła tylu zdrajców…
Wiatrak odbudowano.
Nie służył on teraz, jak to było kiedyś planowane, do wytwarzania prądu. Mielono w nim ziarno, co dawało niemałe dochody.
Obiecane kiedyś, podczas Rewolucji, luksusy: stajnie oświetlone elektrycznością, stały dostęp do ciepłej i zimnej wody, a także trzydniowy tydzień pracy, zostały potępione jako sprzeczne z duchem Animalizmu. A Napoleon skutecznie dowodził, że prawdziwe szczęście, polega na ciężkiej pracy na rzecz wspólnoty i skromnym życiu.
Widać było efekty wspólnej pracy.
Folwark się wyraźnie wzbogacił. Szczególnie świnie….
Reszta zwierząt nadal spędzała swój czas bardzo pracowicie nie mając z tego znaczących profitów. Jednakże trzeba z całą mocą podkreślić, że oprócz świń – wyraźnie lepiej żyły psy, a to w sposób jednoznaczny dobrze rokowało na przyszłość. Nie można przecież od razu uszczęśliwić wszystkich.
Squealer wyjaśnił, że świnie dlatego mają lepiej, bo pracują najciężej. Zajmują się przecież nadzorem i organizacją pracy na Folwarku. Świnie – dowodził Squealer – dzień w dzień pracują przy sporządzaniu bardzo ważnych dokumentów takich jak „rejestry”, „sprawozdania”, „protokoły” i etc., a czynności te mają przecież zasadnicze znaczenie dla dobrobytu folwarku.
Inne zwierzęta, mimo że to właśnie one wytwarzały żywność własną pracą nie mogły znaleźć różnic w ich życiu teraz i przed Rewolucją. Nie traciły jednak nadziei. Nie opuszczało ich poczucie dumy, że były mieszkańcami wspaniałego i przodującego, Folwarku Zwierząt. Czuły w głębi swoich zwierzęcych serc, że prędzej czy później będzie lepiej, bo przecież musi być lepiej. Może nie za ich życia, ale ich dzieci na pewno będą miały lepiej. I to było najważniejsze. I dla takiego celu warto się było poświęcać.
Mijały lata.
Dziś już nie można znaleźć przyczyny, ale któregoś dnia, ni z tego ni z owego stało się jasne, że nieokreślony sposób zmieniają się porządki panujące na Folwarku.
Zauważono, że świnie zmieniały się na twarzach i zdumiewająco szybko stawały się podobne do człowieka. Z czasem przestały dziwić baty trzymane w świńskich racicach, a nawet fajka w zębach Napoleona. Nikt się nie dziwił, że Napoleon paraduje, na co dzień w czarnym paltocie, myśliwskich bryczesach i skórzanych sztylpach, a jego ulubiona maciora ukazuje się w środku tygodnia we wzorzystej jedwabnej sukni, którą pani Jones wkładała tylko w niedzielę. Nikt nie usiłował tego tłumaczyć. Skoro tak było, to mogło oznaczać tylko tyle, że tak być musiało.
W tym miejscu, by zachować jak największą naukowość niniejszego podręcznika, autor zdecydował się przytoczyć cytat ze słynnego podręcznika pana Orwella. Oryginalne słowa Mistrza, pozwolą czytelnikowi w pełni zrozumieć, dlaczego świnia Napoleon i człowiek, pan Pilkington, zagrali jednocześnie asem pik. Pozwoli to też autorowi przejść do wykładu o tym, co zdarzyło się później.
Cytujmy, zatem pana Orwella – zajrzyjmy na chwile do oryginału:
„…po południu na podwórze zajechało kilka bryczek. Na objazd folwarku zaproszono delegację właścicieli sąsiednich gospodarstw. Oprowadzono ich po całym terenie: delegaci wyrazili swój wielki podziw dla wszystkiego, co zobaczyli, szczególnie zaś uznanie znalazł w ich oczach wiatrak. Zwierzęta pełły w tym czasie zagony rzepy. Pracowały pilnie, nie podnosząc wzroku, nie wiedząc, kogo bać się bardziej – świń czy ludzi.
Tego wieczora z domu świń dochodziły wybuchy głośnego śmiechu i odgłosy śpiewów. Nagle, na dźwięk pomieszanych głosów, zwierzęta tknęła ciekawość. Co mogło się dziać tam, wewnątrz, gdzie po raz pierwszy zwierzęta i ludzie rozmawiali jak równy z równym? Wszystkie zwierzęta zaczęły skradać się jak najciszej do ogródka przed domem.
Przy furtce zatrzymały się nieco wystraszone, ale Clover dała znak, by podążyły za nią. Podeszły, więc cichuteńko aż pod sam dom, a potem te, które były dość wysokie, zajrzały przez okno do pokoju stołowego. Przy długim stole siedziało sześciu gospodarzy i sześć co znamienitszych świń, a Napoleon zajmował honorowe miejsce. Świnie najwyraźniej czuły się całkiem swobodnie na swoich krzesłach. Towarzystwo grało w karty, ale akurat nastąpiła przerwa, widocznie po to, by mógł zostać spełniony toast. Wśród zebranych krążył wielki dzban, do kufli dolewano piwa. Nikt nie zauważył zdziwionych pysków zwierząt gapiących się z ogrodu.
Pan Pilkington z Foxwood powstał, trzymając kufel w dłoni.
Za chwilę, zapowiedział, poprosi zgromadzonych, by spełnili toast. Nim to jednak uczyni, czuje się w obowiązku wygłosić kilka słów. Otóż zarówno on sam, jak i (czego jest pewien) pozostali obecni, czerpie, powiedział, ogromną satysfakcję z tego, iż długi okres nieufności oraz nieporozumień dobiegł końca. Był, bowiem czas – oczywiście należy zastrzec, iż ani on, ani ktokolwiek z gości nie żywi dziś podobnych przekonań – był, więc czas, gdy szanowni właściciele Folwarku Zwierząt spotykali się z pewną – słowo: „wrogością” nie jest chyba na miejscu – ale być może niejaką rezerwą ze strony sąsiadów – ludzi. (…)
Mniemano, że istnienie folwarku, którego właścicielami są świnie, jest czymś poniekąd nienormalnym, a ponadto mogłoby wywrzeć niekorzystny wpływ na sąsiedztwo. Zbyt wielu sąsiadów przyjęło za pewnik, nie wnikając niestety głębiej w istotę sprawy, iż na takim folwarku będzie się szerzyć rozpasanie i brak dyscypliny.” Lecz: „Oto ujrzeli nie tylko najnowocześniejsze metody rolnicze, ale taką dyscyplinę i porządek, jakie powinny stanowić wzór dla wszystkich bez wyjątku gospodarzy. Nie pomyli się chyba, jeżeli stwierdzi, iż pośledniejsze zwierzęta na Folwarku pracują więcej i otrzymują za to mniej żywności niż jakiekolwiek inne zwierze w ich hrabstwie. On sam zaś i towarzyszący mu goście podpatrzyli dziś sporo innowacji, które zamierzają wprowadzić w swoich gospodarstwach. (…)
…zwierzętom, które przyglądały się temu z ogrodu, wydało się, że zachodzi jakaś dziwna przemiana. Cóż takiego zmieniło się w wyglądzie świń? Clover przyglądała się starczymi, przyćmionymi oczami to jednemu ryjowi to drugiemu. Niektóre miały po pięć podbródków, inne po cztery, jeszcze inne po trzy. Cóż takiego się w nich przeobrażało i rozpływało?
Umilkły już wesołe okrzyki, zebrani znów zasiedli do kart i podjęli przerwaną grę, a zwierzęta wycofały się cichcem. Nie uszły jednak i dwudziestu metrów, gdy naraz zatrzymały się w pół kroku. Z budynku doleciał gwar podniesionych głosów. Pośpieszyły, więc z powrotem i znów zajrzały przez okno. Tak, wewnątrz wybuchła zajadła kłótnia. Wrzeszczano na siebie, walono pięściami w stół, rzucano podejrzliwe spojrzenia, gwałtownie się zapierano. Źródłem nieporozumienia było to, iż Napoleon i pan Pilkington równocześnie zagrali asem pik.
_________
Copyright by Witold Skaczkiewicz © 2005-2009
All rights reserverd

