wtorek, 26 maja 2009

005 – Rozdział wstępny – Przypomnienie cz.4

I wydawało się, że tak już będzie zawsze, gdy któregoś ranka stwierdzono, że zniknęła klacz Mollie. Wszyscy się zgodzili, że mogło to byś spowodowane tylko chorobą psychiczną. Dobitnie świadczył o tym znaleziony przy posłaniu Mollie stosik kostek od cukru i pęk różnobarwnych wstążek. Ktoś przypomniał sobie, że widział niedawno Mollie, jak przy płocie parobek z sąsiedniego Folwarku, głaskał ją po nosie.
Wkrótce gołębie doniosły, że widziano Mollie jak była zaprzężona do dwukółki karczmarza, który głaskał ją po chrapach i podsuwał kostki cukru, a Mollie miała zawiązany na szyi pęk kolorowych tasiemek.
Cóż to mogło być innego, jak nie choroba psychiczna? Czy można było sprzedać upragnioną i własnymi kopytami wywalczoną wolność za kilka kostek cukru i jakieś tam fatałaszki?
Szybko zapomniano o Mollie, bo przecież o takich wariatach pamiętać nie warto.
Było jak w Raju….
Może mogło być nawet lepiej, gdyby nie stała rywalizacja Snowballa z Napoleonem.
Któregoś razu, ni z tego ni z owego, zupełnie bez powodu, Snowball zaczął uciekać przed psami, które Napoleon kiedyś odebrał matkom i sam je wychowywał. Jest prawdą, że psy nigdy nie odstępowały Napoleona, nawet na krok. Skoro jednak Snowball uciekał przed psami, to oczywiste było, że musiał mieć nieczyste sumienie.
I potwierdziła to historia.
Tak, czy inaczej, mimo nieszczęść związanych z pogodą, powodziami i innymi zdarzeniami losowymi, a także udowodnionymi ponad wszelką wątpliwość działaniami dywersyjnymi, jawnego wroga zwierząt – Snowballa, na Folwarku żyło się spokojnie i pracowicie. A czegóż więcej potrzeba?
Wybudowano nawet wiatrak, który co prawda zawalił się, ale przecież nie dlatego, że miał za cienkie ściany, lecz dlatego, że zniszczył go Snowball – tajny agent pana Jonesa. Wszyscy doskonale widzieli, że Snowball od dawna knuł by pokrzyżować plany tak świetnie prosperującej gospodarce. Dlatego nikt nie zaprotestował, gdy Napoleon, by sprawę raz na zawsze ukrócić, ogłosił publicznie, że wydał na Snowballa, dotąd zakazany zasadami Animalizmu, wyrok śmierci.
Lecz nawet to nie zahamowało, jak twierdził Napoleon, dywersyjnej bezczelności niegodziwego Snowballa; jeszcze niejednokrotnie był on przyczyną wielu zgryzot mieszkańców Folwarku. A to ukradł zboże, a to potłukł jaja, a to stratował świeże zasiewy i wiele, wiele innych. Ujawniono też, że nawet wśród zwierząt są takie, które tajnie współpracują ze Snowballem.
Z tym „problemem” poradzono sobie szybko i skutecznie.
Wszystkich wrogów, po ich uprzednim przyznaniu się do winy, uśmiercono. Uśmiercono świnie, które kiedyś przeciw czemuś tam protestowały, i jak się same przyznały współdziałały z Snowballem w zburzeniu wiatraka. Uśmiercono trzy kury, które przyznały się, że Snowball ukazał im się we śnie i namawiał je, by się sprzeciwiły Napoleonowi. Uśmiercono również owcę, która przyznała się, że za namową Snowballa oddawała mocz do sadzawki z wodą do picia.
Zwierzęta doznały wstrząsu po tej egzekucji, lecz doprawdy nie wiedziały czym są bardziej przerażone, czy okrutną karą, czy też tym, że dookoła tylu zdrajców…
Wiatrak odbudowano.
Nie służył on teraz, jak to było kiedyś planowane, do wytwarzania prądu. Mielono w nim ziarno, co dawało niemałe dochody.
Obiecane kiedyś, podczas Rewolucji, luksusy: stajnie oświetlone elektrycznością, stały dostęp do ciepłej i zimnej wody, a także trzydniowy tydzień pracy, zostały potępione jako sprzeczne z duchem Animalizmu. A Napoleon skutecznie dowodził, że prawdziwe szczęście, polega na ciężkiej pracy na rzecz wspólnoty i skromnym życiu.
Widać było efekty wspólnej pracy.
Folwark się wyraźnie wzbogacił. Szczególnie świnie….
Reszta zwierząt nadal spędzała swój czas bardzo pracowicie nie mając z tego znaczących profitów. Jednakże trzeba z całą mocą podkreślić, że oprócz świń – wyraźnie lepiej żyły psy, a to w sposób jednoznaczny dobrze rokowało na przyszłość. Nie można przecież od razu uszczęśliwić wszystkich.
Squealer wyjaśnił, że świnie dlatego mają lepiej, bo pracują najciężej. Zajmują się przecież nadzorem i organizacją pracy na Folwarku. Świnie – dowodził Squealer – dzień w dzień pracują przy sporządzaniu bardzo ważnych dokumentów takich jak „rejestry”, „sprawozdania”, „protokoły” i etc., a czynności te mają przecież zasadnicze znaczenie dla dobrobytu folwarku.
Inne zwierzęta, mimo że to właśnie one wytwarzały żywność własną pracą nie mogły znaleźć różnic w ich życiu teraz i przed Rewolucją. Nie traciły jednak nadziei. Nie opuszczało ich poczucie dumy, że były mieszkańcami wspaniałego i przodującego, Folwarku Zwierząt. Czuły w głębi swoich zwierzęcych serc, że prędzej czy później będzie lepiej, bo przecież musi być lepiej. Może nie za ich życia, ale ich dzieci na pewno będą miały lepiej. I to było najważniejsze. I dla takiego celu warto się było poświęcać.
Mijały lata.
Dziś już nie można znaleźć przyczyny, ale któregoś dnia, ni z tego ni z owego stało się jasne, że nieokreślony sposób zmieniają się porządki panujące na Folwarku.
Zauważono, że świnie zmieniały się na twarzach i zdumiewająco szybko stawały się podobne do człowieka. Z czasem przestały dziwić baty trzymane w świńskich racicach, a nawet fajka w zębach Napoleona. Nikt się nie dziwił, że Napoleon paraduje, na co dzień w czarnym paltocie, myśliwskich bryczesach i skórzanych sztylpach, a jego ulubiona maciora ukazuje się w środku tygodnia we wzorzystej jedwabnej sukni, którą pani Jones wkładała tylko w niedzielę. Nikt nie usiłował tego tłumaczyć. Skoro tak było, to mogło oznaczać tylko tyle, że tak być musiało.
W tym miejscu, by zachować jak największą naukowość niniejszego podręcznika, autor zdecydował się przytoczyć cytat ze słynnego podręcznika pana Orwella. Oryginalne słowa Mistrza, pozwolą czytelnikowi w pełni zrozumieć, dlaczego świnia Napoleon i człowiek, pan Pilkington, zagrali jednocześnie asem pik. Pozwoli to też autorowi przejść do wykładu o tym, co zdarzyło się później.
Cytujmy, zatem pana Orwella – zajrzyjmy na chwile do oryginału:
„…po południu na podwórze zajechało kilka bryczek. Na objazd folwarku zaproszono delegację właścicieli sąsiednich gospodarstw. Oprowadzono ich po całym terenie: delegaci wyrazili swój wielki podziw dla wszystkiego, co zobaczyli, szczególnie zaś uznanie znalazł w ich oczach wiatrak. Zwierzęta pełły w tym czasie zagony rzepy. Pracowały pilnie, nie podnosząc wzroku, nie wiedząc, kogo bać się bardziej – świń czy ludzi.
Tego wieczora z domu świń dochodziły wybuchy głośnego śmiechu i odgłosy śpiewów. Nagle, na dźwięk pomieszanych głosów, zwierzęta tknęła ciekawość. Co mogło się dziać tam, wewnątrz, gdzie po raz pierwszy zwierzęta i ludzie rozmawiali jak równy z równym? Wszystkie zwierzęta zaczęły skradać się jak najciszej do ogródka przed domem.
Przy furtce zatrzymały się nieco wystraszone, ale Clover dała znak, by podążyły za nią. Podeszły, więc cichuteńko aż pod sam dom, a potem te, które były dość wysokie, zajrzały przez okno do pokoju stołowego. Przy długim stole siedziało sześciu gospodarzy i sześć co znamienitszych świń, a Napoleon zajmował honorowe miejsce. Świnie najwyraźniej czuły się całkiem swobodnie na swoich krzesłach. Towarzystwo grało w karty, ale akurat nastąpiła przerwa, widocznie po to, by mógł zostać spełniony toast. Wśród zebranych krążył wielki dzban, do kufli dolewano piwa. Nikt nie zauważył zdziwionych pysków zwierząt gapiących się z ogrodu.
Pan Pilkington z Foxwood powstał, trzymając kufel w dłoni.
Za chwilę, zapowiedział, poprosi zgromadzonych, by spełnili toast. Nim to jednak uczyni, czuje się w obowiązku wygłosić kilka słów. Otóż zarówno on sam, jak i (czego jest pewien) pozostali obecni, czerpie, powiedział, ogromną satysfakcję z tego, iż długi okres nieufności oraz nieporozumień dobiegł końca. Był, bowiem czas – oczywiście należy zastrzec, iż ani on, ani ktokolwiek z gości nie żywi dziś podobnych przekonań – był, więc czas, gdy szanowni właściciele Folwarku Zwierząt spotykali się z pewną – słowo: „wrogością” nie jest chyba na miejscu – ale być może niejaką rezerwą ze strony sąsiadów – ludzi. (…)
Mniemano, że istnienie folwarku, którego właścicielami są świnie, jest czymś poniekąd nienormalnym, a ponadto mogłoby wywrzeć niekorzystny wpływ na sąsiedztwo. Zbyt wielu sąsiadów przyjęło za pewnik, nie wnikając niestety głębiej w istotę sprawy, iż na takim folwarku będzie się szerzyć rozpasanie i brak dyscypliny.” Lecz: „Oto ujrzeli nie tylko najnowocześniejsze metody rolnicze, ale taką dyscyplinę i porządek, jakie powinny stanowić wzór dla wszystkich bez wyjątku gospodarzy. Nie pomyli się chyba, jeżeli stwierdzi, iż pośledniejsze zwierzęta na Folwarku pracują więcej i otrzymują za to mniej żywności niż jakiekolwiek inne zwierze w ich hrabstwie. On sam zaś i towarzyszący mu goście podpatrzyli dziś sporo innowacji, które zamierzają wprowadzić w swoich gospodarstwach. (…)
…zwierzętom, które przyglądały się temu z ogrodu, wydało się, że zachodzi jakaś dziwna przemiana. Cóż takiego zmieniło się w wyglądzie świń? Clover przyglądała się starczymi, przyćmionymi oczami to jednemu ryjowi to drugiemu. Niektóre miały po pięć podbródków, inne po cztery, jeszcze inne po trzy. Cóż takiego się w nich przeobrażało i rozpływało?
Umilkły już wesołe okrzyki, zebrani znów zasiedli do kart i podjęli przerwaną grę, a zwierzęta wycofały się cichcem. Nie uszły jednak i dwudziestu metrów, gdy naraz zatrzymały się w pół kroku. Z budynku doleciał gwar podniesionych głosów. Pośpieszyły, więc z powrotem i znów zajrzały przez okno. Tak, wewnątrz wybuchła zajadła kłótnia. Wrzeszczano na siebie, walono pięściami w stół, rzucano podejrzliwe spojrzenia, gwałtownie się zapierano. Źródłem nieporozumienia było to, iż Napoleon i pan Pilkington równocześnie zagrali asem pik.


_________

Copyright by Witold Skaczkiewicz © 2005-2009
All rights reserverd

poniedziałek, 25 maja 2009

004 – Rozdział wstępny – Przypomnienie cz.3

Prawdopodobnie nawet tego nie zauważył, że wtedy to przebrał miarę! Zwierzęta, te same, które zazwyczaj pokornie uciekały przed smagającym je rzemieniem, te jego prosiaki, krówki, baranki, ta jego krwawica, ten jego owoc, z którego był dumny na corocznych wystawach hodowców, otóż ta jego „duma” wiedziona jednomyślnym powstańczym duchem, najzwyczajniej w świecie, bezczelnie, i bez dania racji – wykopała go. Ta banda łobuzów wyrzuciła go z jego własnego Folwarku!
I jakby nie dość tej tragedii, to tą schedę rodziny Jonesów, owo magiczne miejsce, w którym zakochana była prapraprababka pana Jonesa, Rosemary Prudence Jones, ten wspaniały folwark, z którego był dumny i ojciec i dziad pana Jonesa – ta banda brudnych zwierząt, ogłosiła samowolnie, nikogo o to nie pytając, samodzielnym, samorządnym i niezależnym Folwarkiem Zwierząt.
Musiało minąć trochę czasu, nim zwierzęta uwierzyły w to, co się stało. W to, że wreszcie są wolne, że wreszcie mogą robić, co zechcą i nikt z zewnątrz, niczego narzucać im nie będzie.
W imię sprawiedliwości, wrzucono do studni wszystkie wędzidła, kółka do nozdrzy i psie łańcuchy. Spalono lejce, baty, i wszystko to, co mogło się kojarzyć z upokarzającą przemocą człowieka; nawet wstążki wplatane koniom w grzywy w dni targowe, z których były takie dumne, nawet słomkowy kapelusz konia Boxera, który zakładano mu latem dla ochrony przed upałem i muchami. Wrzucono to wszystko w płonący stos, aby już nic nie przypominało ucisku pana Jonesa.
Gdy minęła pierwsza radość, Napoleon zaprowadził wszystkich do spichlerza. Tu każdy otrzymał podwójną porcję ziarna. Psy, dodatkowo, przepyszne biszkopty. Co za wspaniały smak wolności. Swawole trwałyby w nieskończoność, gdyby nie świnie. Bardzo rozsądnie przypomniały, że czas rozpocząć sianokosy. Przy okazji, jakby mimochodem stwierdziły, że nauczyły się pisać i czytać (z jakiegoś wyrzuconego z domu pana Jonesa podręcznika) oraz, że wnikliwie przestudiowały Animalizm nieżyjącego już Majora a także i to, że udało im się ująć cały Animalizm w siedem przykazań głównych, które to wypisały kredą na wysmołowanej ścianie stodoły. Ogłosiły również, że owych najważniejszych praw należy bezwzględnie przestrzegać.
Świnie zaapelowały do wszystkich towarzyszy, aby postawili sobie wielce honorowe zadanie: sianokosy należy ukończyć szybciej niż robił to pan Jones ze swoimi parobkami.
Plony okazały się nadzwyczajne, większe niż się spodziewano. Oczywiste było dla każdego, że stało się to za sprawą świń, które choć same nie pracowały, wykazywały się mądrością przewyższającą inne zwierzęta. Dlatego świnie przewodziły. I dlatego (tak mówiono!), po raz pierwszy wyzbierano wszystko, co ziemia urodziła, do ostatniego źdźbła.
Koniecznie należy tu przypomnieć wspaniałą postawę Boxera, który na każdy problem i przypadkowe niepowodzenie powiadał sobie: „Będę pracował jeszcze więcej”; i zawsze wstawał pierwszy, a na spoczynek udawał się ostatni.
W niedziele zazwyczaj odpoczywano.
Kwaterę główną urządziły świnie w siodlarni. Snowball, oddał swoją pracowitość organizowaniu zwierząt w Komitety: kurom założył Komitet Znoszenia Jaj, krowom Ligę Czystych Ogonów, założono również Komitet Reedukacji Dzikich Towarzyszy mający na celu włączenie wiewiórek i zajęcy do prac na rzecz Folwarku Zwierząt. Zorganizowano również Komitet Zwalczania Analfabetyzmu i po kilku miesiącach nauki każde zwierzę potrafiło (gorzej lub lepiej) czytać. Niektóre potrafiły się nawet podpisać.
I wreszcie wciągnięto na maszt flagę będącą wyobrażeniem przyszłej Wielkiej Republiki Zwierząt. Zieloną, z namalowanym białą farbą rogiem i kopytem. Dobrze się działo na Folwarku Zwierząt. Tak dobrze, że Snowball i Napoleon codziennie wysyłali stadko gołębi do sąsiednich folwarków by głosiły radosną nowinę o powstańczym sukcesie.
A wśród ludzi, pomimo szerzonych pogłosek przez bezpośrednich sąsiadów Folwarku Zwierząt, panów Pilkingtona i Fredericka, o tym, że na dawnym Folwarku pana Jonesa zwierzęta pożerają się wzajemnie, że samce mają wspólne samice, że silniejsze zwierzęta torturują słabsze rozpalonym żelazem, można było znaleźć i takich, którzy z podziwem opowiadali jak to zwierzęta wspaniale sobie radzą.
No i długo nie trzeba było czekać. Przez sąsiednie folwarki przeszła fala Wielkiego Buntu. Krowy rozwalały wiadra z mlekiem, konie zrzucały jeźdźców, owce przewracały ogrodzenia i wyjadały koniczynę. Najbardziej zastanawiające było to, że w zastraszającym tempie szerzyła się znajomość hymnu „Zwierzęta Anglii”; mimo że każde zwierzę przyłapane na choćby nuceniu tej rewolucyjnej pieśni, dostawało niezłe lanie, melodię tą słychać było wszędzie.
Pan Jones nie mógł się pogodzić przegraną!
Choć już minęło sporo czasu, i teraz nie musiał co rano wstawać by siać, orać i wykonywać setki innych czynności, za każdym razem, gdy zasiadał w karczmie nad kufelkiem bursztynowego napoju, odzywała się urażona duma. Z każdym następnym łykiem piwa, coraz dotkliwiej przypominały mu się ślady kopniaków na siedzeniu. Było to tak rzeczywiste, jakby wydarzyło się wczoraj.
Nie mógł z tym żyć, nie umiał zapomnieć. Wreszcie miara się przelała. Przy pomocy kilkunastu najemnych, postanowił zakończyć ten skandaliczny odstępek od prawa naturalnego – któregoś wieczoru, uzbrojeni w dębowe kije, a Jones nawet w dubeltówkę, sprawnym atakiem wdarli się w siedlisko zarazy. Lali mocno. Walili gdzie popadnie. Z całej siły. Nie oszczędzali się. I już się wydawało, że na zawsze wybiją zwierzętom ochotę do buntu, gdy Snowball, jak się później okazało oczytany w kampaniach Juliusza Cezara, taktyczną sztuczką doprowadził do haniebnej klęski owej ekspedycji.
Natarcie zostało odparte, a ludzie, kuśtykając, uciekli w popłochu, żegnani okrzykami tryumfu i obelżywymi słowami zza ogrodzenia Folwarku.
Zwierzęta, co zrozumiałe, szalały z radości. Snowballa i Boxera, wyróżniających się w walce, udekorowano specjalnie na tą okazję uchwalonym medalem „Bohater Zwierzęcy Pierwszej Klasy”.
Było jak w raju.

_________

Copyright by Witold Skaczkiewicz © 2005-2009
All rights reserverd

niedziela, 24 maja 2009

003 – Rozdział wstępny – Przypomnienie cz.2

Major niebawem zmarł, lecz jego prorocze idee pozostały żywe. Niektórzy twierdzili, że są to idee nieśmiertelne, ponadczasowe.
Najlepiej myśli Majora rozumiały trzy świnie: knur Napoleon – nie najlepszy mówca, znany z tego, że zwykle stawiał na swoim, Snowball – knur nieco bardziej wygadany od Napoleona i (jak mówiono) bardziej bystry, ale nie posiadający tak silnego jak Napoleon charakteru, oraz tucznik Squealer – gruby prosiak o przenikliwym głosie mający wielki dar wymowy, a nadto ciekawą przywarę wywołującą uwielbienie słuchaczy (szczególnie żeńskiej części) – w trakcie swoich przemówień wdzięcznie kręcił ogonkiem.
To właśnie te trzy, wybitne jednostki, opracowały nauki zmarłego mistrza w zwarty system filozoficzny, który nazwali Animalizmem i który jak się okazało na długo wstrząsnął światem.
Nie należy się dziwić, że najbardziej oddanymi słuchaczami świń były dwa pociągowe konie – ogier Boxer i klacz Clover. To się da łatwo wytłumaczyć. Po latach ciężkiej pracy, po latach wykonywania bez cienia sprzeciwu cudzych poleceń, nie łatwo przychodziło im samodzielne myślenie. Uważały, że jest ono zupełnie niepotrzebne – po co bowiem komplikować i tak niełatwe życie. Boxer i Clover posiadały również cudowną zdolność przekładania spraw skomplikowanych na zwyczajny i wszystkim zrozumiały język. To one tłumaczyły pozostałym zwierzętom wszystko, co usłyszały od świń – prosto, jasno, i niezwykle zrozumiale.
Gdy zwierzęta na tajnych nocnych zebraniach rozważały zasady Animalizmu, pan Jones z niewiadomych powodów stale popadał w dekadencką apatię i ogromne przygnębienie.
Niektórzy badacze tego problemu zauważają, że być może historia świata toczyłaby się inaczej gdyby pan Jones, jak już wspomnieliśmy właściciel Folwarku, nie popadał tak często w stan chandry, czym uzasadniał swoje nazbyt częste wizyty w miejscowej karczmie. I zapewne jest w tym trochę racji. Bowiem gdyby któregoś, dość pospolitego wieczoru pan Jones, nie został zbudzony hałasem dobiegającym ze spichlerza, i nie wybiegł-był z batem zrobić tam porządek (wszyscy przecież wiedzą jak straszliwie męczący potrafi być trzydniowy kac), zapewne losy świata potoczyłyby się inaczej.
Bo to wtedy pan Jones, resztkami sił walczący z okropnym bólem głowy, z trzęsącymi się kończynami i okropną suchością w trzewiach, nie zwrócił uwagi na to, że zwierzęta, dlatego wyłamały zamknięte wrota chroniące zapasy, bo były po prostu głodne. Bo gdy on już trzecią dobę topił swoje smutki w przydrożnej karczmie, nikt nie zadbał o należny pracowitym mieszkańcom Folwarku posiłek.
Jones, w szale zbudzonego kaca, z pasją rozdzielał baty. Złośliwie starał się uderzać w najbardziej delikatne miejsca i klął przy tym w sposób, którego autor nie śmie powtarzać.
Lecz wówczas…



_________

Copyright by Witold Skaczkiewicz © 2005-2009
All rights reserverd

sobota, 23 maja 2009

002 – Rozdział wstępny – Przypomnienie cz.1

Rozdział wstępny – Przypomnienie

Uwaga:
Drogi czytelniku, jeżeli uważnie przeczytałeś „Animal Farm” pana G. Orwella, możesz ten rozdział opuścić, bez szkody dla dalszego wykładu.
Któregoś dnia, wiele lat temu, pan Jones, właściciel Folwarku Dworskiego, zanim położył się do łóżka, by jak zwykle nacieszyć się swoją małżonką, panią Jones, napił się zbyt wiele piwa. Gdy wrócił do domu, pani Jones już głośno chrapała, więc i jemu nie pozostało nic innego jak dołączyć do tego chóru. Każdy, kto choć raz przebrał miarkę w piciu złocistego napoju o lekko gorzkawym smaku wie, że w takich razach zasypia się szybko, snem słodkim i kamiennym. Pan Jones, był typowym przedstawicielem swojego człowieczego gatunku, i tak jak człowiek, gdy tylko natrafił na swoje łóżko, błyskawicznie padł na wznak. Nawet się ucieszył, że małżonka słodko spała, bowiem dziś nie byłby w stanie spełnić nawet części jej wieczornych nadziei. Morfeusz jak i znane wszystkim pijącym zawroty głowy łagodnie nim zakołysały, i w chwili, gdy Jones pomyślał, że nie zamknął pomieszczeń, w których trzymał zwierzęta – zasnął.
Nie pierwszy raz to się przydarzyło. Choć trzeba uczciwie przyznać, że zazwyczaj Jones pamiętał o swoich zwierzątkach, które ciężko pracowały, aby mnożyć dobytek swojego właściciela.
W tym samym czasie, gdy z sypialni pana Jonesa dochodziły przerażające odgłosy chrapania zmieszane z niemiłym zapachem przefermentowanego piwa, pracowite stwory zeszły się w wielkiej stodole. Frekwencja była duża, bo stary, nagrodzony wieloma medalami, knur Major obiecał wyjawić sen, jaki miał kontemplując samotność w swojej przegrodzie. Opowiadano sobie wcześniej jakieś zasłyszane fragmenty, jednak nikt nie znał snu w całości. Chodziły słuchy, że Major doznał objawienia a senny prorok ujawnił mu najprawdziwszą istotę życia na ziemi. Major nie dał się długo prosić. Sprawnie przedstawił zwierzętom mądrość tą, którą posiadł dość długo żyjąc, i tą objawioną mu proroczo we śnie. Wizja ta zasadzała się na następującej, odkrywczej obserwacji: „Żyjemy nędznie, harujemy i wcześnie umieramy”. Major, nie bez racji dowodził, że powodem wszystkiego, co złe jest człowiek. To ludzie bezczelnie kradną zwierzętom wszystkie owoce ich ciężkiej pracy, znęcają się na nimi, a w zamian nawet nie zapewniają świadczeń emerytalnych. W końcu sprzedają stare zwierzęta do Taniej Jatki bez żadnego szacunku dla ich wkładu pracy.
Dlatego, zdaniem Majora, jedynym sensownym rozwiązaniem tego problemu jest bezzwłoczne i bez jakichkolwiek słabości, pozbycie się owego ciemiężcy. Wyjątkowa, wprost niezwykła zdolność Majora do mówienia językiem jasnym i prostym pozwoliła przedstawić nocną wizję w trzech, zrozumiałych dla wszystkich, hasłach: „Niech wśród zwierząt zapanuje jedność i solidarność”, „Wszyscy ludzie wrogami”, „Wszystkie zwierzęta braćmi”.

_________

Copyright by Witold Skaczkiewicz © 2005-2009
All rights reserverd

piątek, 22 maja 2009

001 – BÓG ZAPŁAĆ, PANIE ORWELL czyli następne pięćdziesiąt lat na Folwarku Zwierząt

Motto:

- Mamo, czy czarownice umieją latać?
- Synku, przecież nie ma czarownic.
-Ależ mamo! Ja nie pytam się czy czarownice są czy ich nie ma, tylko czy umieją latać…

(zasłyszane)

Ważniejsze osoby dramatu (w kolejności ukazywania się wyobraźni czytelnika):

1. Pan Pilkington – znany z pierwszej części, to ten, który wyciągnął w tym samym momencie co świnia Napoleon asa pik.
2. towarzysz Napoleon – wielka postać Światowego Animalizmu, później jego zasługi zostały zweryfikowane a jego zwłoki wyrzucono z mauzoleum i pogrzebano w progu stodoły.
3. Gardłacz – kogut, postać drugiego planu, jednak ojciec znacznej części kurzego rodu na folwarku.
4. Tafuń – kurka japońska, konkubina Gardłacza.
5. Atylla Jones – syn pana Jonesa, później Cesarz Zjednoczonego Cesarstwa Ludzi, po przegranej wojnie popełnił samobójstwo.
6. Mac Gray – sąsiad Atylla Jonesa. W jego stodole prowadzono pierwsze tajne ćwiczenia wojenne.
7. Mac Tabes – młodzieńczy przyjaciel Atylla Jonesa, mistrz słowa. Wsławiony nienawiścią do szczurów.
8. Fireston, Balknut, Zamtuz, Blair – rody czynnie uczestniczące w ataku na Folwark Zwierząt.
9. Mojżesz – kruk, namiestnik Najwyższego na ziemi, głosiciel Prawdziwego Słowa.
10. towarzysz BigPig – prawa ręka towarzysza Squealera, rektor Komitetu Edukacji Odzyskanych Towarzyszy.
11. towarzysz Badly – pies, początkowo szef Wyszkolenia Obronnego, później szef Bezpieczeństwa Republiki Zwierząt.
12. towarzysz Squealer – prawa ręka i sukcesor towarzysza Napoleona.
13. Pini – myszka, narzeczona Pata.
14. Pat – myszka samiec, narzeczony Pini.
15. towarzysz Morras – wyjątkowo wykształcona i odważna świnia.
16. Bony – szczeniak, syn towarzysza Bladego i Sweetgirl.
17. Sweetgirl – żona towarzysza Bladego, matka Bonego.
18. Slowly – osioł, syn Benjamina.
19. Beniamin – osioł, jak wieść głosi, sprzedany przez towarzysza Napoleona na salami.
20. Lofer – dzika świnia o zacięciu rewolucyjnym.
21. Strongpig – szef Wydziału Produkcji.
22. Ferron – koń
23. towarzysz Acidly – ciekawa postać, początkowo szef Wyszkolenia Sportowego.
24. Bluwool – owca rasy merynos.
25. Scrowbow – owca rasy ildefrans.
26. Najlen – baran rasy southdown.
27. Malleton – koń.

Oraz, jak to na folwarku, kury, kaczki, gęsi, sroki, łabędzie, dziki, perliczki, indyki i wszelka inna zwierzyna.

_________

Copyright by Witold Skaczkiewicz © 2005-2009
All rights reserverd

wtorek, 19 maja 2009

000 - Przedmowa

Motto:

Of the dark past
A child is born;
With joy and grief
My heart is torn.
Calm is his cradle
The living lies.
May love and mercy
Unclose his eyes!
Young life is breathed
On the glass;
The world that was not
Comes to pass.
A child is sleeping:
An old man gone.
O, father forsaken,
Forgive your son!

James Joyce “Ecce puer”

Przedmowa

Pan Eric Arthur Blair, znany pod nazwiskiem George Orwell, wnikliwy obserwator i kronikarz swoich czasów napisał-był onegdaj znakomity podręcznik socjologii, dowcipnie przez niego nazwany „Folwark Zwierząt”.
Pan Orwell zapewne kontynuowałby swoje dzieło gdyby nie jego przedwczesna śmierć. Zrządzeniem losu (a może Bóg tak chciał?) autor niniejszego urodził się w tym samym roku, w którym zakończyło się pracowite życie pana Orwella. Ośmielony takim upoważnieniem, przedstawia czytelnikowi ciąg dalszy przygód mieszkańców Folwarku Zwierząt z nadzieją, że kiedyś, może w roku jego śmierci, urodzi się ktoś, kto dopisze ciąg dalszy. Historia, bowiem kołem się toczy.

Dziełko to dedykowane jest tym, których rzecz dotyczy: ciężko pracującym zwierzętom, jakże często bardzo mało lub zgoła nic nie rozumiejącym z otaczającej ich rzeczywistości. Pozostaje mieć nadzieje, że nie zatracili jeszcze umiejętności czytania, mimo częstych ostatnio reform w resorcie oświaty.

No to do dzieła: Oto świnia Napoleon i pan Pilkington równocześnie zagrali asem
pik…

Zatrzymajmy się na chwilę, zanim bez skrupułów zaczniemy odkrywać tajemnice rzeczywistości świata zwierząt, i przypomnijmy, (bo zapewne mało kto już dzisiaj pamięta) jak doszło do tego, że przy jednym, zapewne okrągłym, stole spotkali się człowiek i świnia.
Jakby nie dość tego, że siedzieli jak równy z równym, to jeszcze równocześnie zagrali asem pik!
Konieczna jest tu jeszcze ważna informacja: wszystko, co tu opisujemy zdarzyło się naprawdę, wcale nie tak dawno, i wcale nie tak daleko. Warto również wiedzieć, że tamte wydarzenia spowodowały wieloletni ferment w jajogłowych zawodach, a sztaby profesorów przy pomocy najnowszych komputerów obliczały i dokonywały wiele skomplikowanych analiz. Niestety, do dziś, nikt nie udzielił wiarygodnej odpowiedzi na to cóż to takiego i dla jakiej przyczyny się wydarzyło.
Natomiast znakomicie wiemy, że minione wydarzenia, jak żelatyna dla pleśni, są znakomitą pożywką dla wielu domorosłych polityków.
To oni z wściekłą satysfakcją, wyciągają różne pikantne zdarzenia, głównie po to, by przeciwnikowi politycznemu, lub, (gdy zachodzi taka potrzeba) również swojemu bezpardonowo dokopać.

I myli się ten, który pomyśli, że działanie to ma cel inny niż tylko prymitywna prywata.

I o tym, między innymi, będzie ta powiastka. Przystąpmy zatem do dzieła, bez dalszego ociągania.

_________

Copyright by Witold Skaczkiewicz © 2005-2009
All rights reserverd